Nawigacja
 
Podwójnie płatna bezpłatna służba zdrowia
15 lutego w serwisie Interii zauważyłem bardzo obiecujący link pod tytułem "Koniec z bezpłatną służbą zdrowia". Naiwnie mniemając w oświecenie polityków z naszego rodzimego podwórka, postanowiłem zapoznać się czym prędzej z treścią artykułu.

Okazało się jednak, że sprawa dotyczy nie Polski, ale sytuacji na Węgrzech, ponadto zaś - tamtejszy socjalistyczny rząd premiera słynnego ze "szczerych" wypowiedzi nie zamierza bynajmniej likwidować państwowej bezpłatnej służby zdrowia, ale wręcz przeciwnie - chce narzucić społeczeństwu dodatkowy haracz. Ustalona została bowiem opłata w wysokości około 4,5 zł (w przeliczeniu) za wizytę u lekarza oraz każdy dzień pobytu w szpitalu. W ten sposób Węgrzy dołączą do grona ofiar "państwa opiekuńczego", które co prawda zapewnia opiekę medyczną, ale każe sobie za to samo płacić dwukrotnie.

Z jednej strony muszę przyznać, że wprowadzone rozwiązanie jest logiczne. "Darmowa" służba zdrowia opiera się bowiem na przymusowej płatności w postaci podatków, ale jednocześnie nie nakłada limitów na częstotliwość korzystania z usług w placówkach medycznych. Stąd też istnieje np. całkiem liczne grono emerytów, którzy systematycznie chadzają do lekarzy pomimo braku takiej potrzeby. Wizyta u lekarza troskliwie wypytującego "Co Panu dolega?" jest w jakimś stopniu substytutem normalnych interakcji międzyludzkich. Taki staruszek, który sam już nie pracuje, jest zaniedbywany przez pracujące dzieci, a jednocześnie żyjąc w społeczeństwie, w którym życie towarzyskie starszych osób jest czymś zgoła dziwnym, rekompensuje sobie brak sytuacji, w której miałby do kogo gębę otworzyć - wizytami u lekarza. Jest to z jednej strony całkowicie zrozumiałe, z drugiej jednak - stanowi pewne nadużycie z punktu widzenia logiki "bezpłatnej" służby zdrowia. Efekt jest taki, że kolejki pod drzwiami gabinetu są dłuższe niż być powinny i osoby faktycznie chore nie zawsze są w stanie zdobyć upragniony numerek do lekarza akurat wtedy, gdy tego potrzebują.

Wprowadzenie chociażby symbolicznej odpłatności może zmniejszyć skalę tego niekorzystnego zjawiska i jest to niewątpliwy plus pomysłu węgierskich socjalistów. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie ci muszą za tą samą usługę płacić dwukrotnie! Jest to karygodne, a jednocześnie świadczy o fatalnym stanie finansów publicznych "państwa opiekuńczego", które nie jest w stanie opłacić swej działalności pomimo (a właściwie: właśnie dlatego!) wysokich podatków nakładanych na społeczeństwo. W ten sposób mit "bezpłatnej służby zdrowia" powoli odchodzi do lamusa.

W takiej sytuacji można byłoby pójść na całość i wprowadzić pełnopłatne usługi medyczne (oczywiście po stosownej obniżce podatków o kwoty przeznaczane na ten cel). W tej sposób pacjenci płaciliby co prawda za świadczone im usługi, ale tylko raz. W dodatku system prywatnej służby zdrowia miałby kilka dodatkowych plusów:

1. Wprowadzony byłby ekonomicznie zdrowy obieg gotówki od pacjenta do lekarza sprawiający, że pacjent stałby się Klientem, który płaci, ale i wymaga. W takiej sytuacji wolnorynkowe placówki medyczne zabiegałyby o pacjenta jakością i ceną świadczonych usług. Nie byłoby sytuacji niejednokrotnie opisywanej w mediach, w których pacjenci musieliby chodzić o godzinie 5 rano do przychodni i stać na mrozie w kolejkach po numerek do wizyty u specjalisty. Prywatne placówki zaoferowałyby wygodny system zapisów - telefoniczny, internetowy itd. W obecnej chwili środki finansowe płynące odgórnie z NFZ sprawiają, że pacjent jest intruzem zakłócający błogi spokój personelowi szpitala. Może wreszcie czas na uzdrowienie tej sytuacji?

2. Poprawiłaby się jakość usług - tak jak to się zawsze dzieje, gdy zamiast państwowych regulacji rządzi niewidzialna ręka rynku, opisywana już przez Adama Smitha. Przychodnie i szpitale musiałyby zacząć wreszcie konkurować. Byłoby wreszcie możliwe udać się na wizytę do lekarza-specjalisty w ciągu dnia - dwóch, jak to się dzieje obecnie w prywatnych placówkach, nie zaś w terminach liczonych nieraz w miesiącach oferowanych przez państwowe przychodnie.

3. System prywatnej służby zdrowia pozwoliłby na zmniejszenie skali korupcji. Chyba każdy, kto nie jest totalnie oderwany od rzeczywistości, zdaje sobie sprawę, jakie kryteria są brane pod uwagę przez decydentów z NFI przy podpisywaniu kontraktów z placówkami medycznymi, układaniu refundowanej listy leków itd. Wolny rynek sprawiłby, że to lekarze byliby odpowiedzialni za przepisywane leki i pojawienie się podejrzenia, że dany lekarz jest na usługach koncernu farmaceutycznego i przepisuje zbyt drogie leki, rywalizując ze swoimi kolegami o to, kto pojedzie na wycieczkę na koszt producenta leków, spowodowałby odpływ pacjentów do bardziej rzetelnych lekarzy. W ten sposób lekarze obawiając się takiego zjawiska, staraliby się dobierać leki bardziej rzetelnie z finansową korzyścią dla pacjentów.

4. Niepotrzebni staliby się urzędnicy w NFZ decydujący, jakie kwoty przeznaczyć na jakie badania. System limitów na poszczególne typy badań jest absurdem. W końcu na jakiej podstawie urzędnik miałby przewidzieć czy pacjent będzie potrzebował konsultacji z laryngologiem, czy okulistą? Patrząc na powyższe korzyści z prywatyzacji służby zdrowia, zastanawiać by się można, dlaczego właściwie nikt jeszcze w Polsce nie wpadł na pomysł likwidacji tego państwowego molocha i wprowadzenia normalnych wolnorynkowych układów. I przypomina się stare powiedzonko, że jeśli nie wiadomo czemu irracjonalne rozwiązanie jest utrzymywane, to należy spojrzeć, kto na tym korzysta.

No właśnie - kto ? Bo chyba nie pacjenci...


Artykuł pochodzi z portalu Unii Polityki Realnej -
http://www.upr.org.pl/main/artykul.php?strid=1&katid=76&aid=4692
Wykorzystany za zgodą Autora. Dziękujemy.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?