Nawigacja
 
Jaś nie doczeka?
Niech tam sobie gadają co chcą, ale jednak Jarosław Kaczyński ma szczęście. Inaczej tak szczęśliwego zbiegu okoliczności wyjaśnić nie można, a przecież jakoś trzeba. Jeszcze nie przebrzmiały echa, a właściwie nawet nie echa, tylko coraz to nowe głosy moralnego oburzenia na „korupcję polityczną”, jakie w pośpiechu wydobywali z siebie zszokowani obywatele o gorszym refleksie, kiedy przed niezawisłym sądem rozpoczął się proces płk. Jana Lesiaka. Płk Lesiak jest oskarżony o kierowanie inwigilacją ugrupowań prawicowych w pierwszej połowie lat 90-tych.

Jest to ten sam płk Lesiak, z którym w drugiej połowie lat 80-tych Jacek Kuroń prowadził swoje słynne negocjacje, do których miał go upoważnić sam Lech Wałęsa. Wtedy chodziło o to, by władza dyskretnie wyeliminowała z podziemnych struktur wszelką „ekstremę” tak, by jedynym przedstawicielem strony społecznej została „lewica laicka”.

Płk Lesiak z towarzyszami z SB wykonał sporą część roboty, ale nie do końca i kiedy tylko nastąpiła sławna „transformacja ustrojowa”, straszliwa hydra „ekstremy” natychmiast się odrodziła w szczególnie odrażającej postaci rządu Jana Olszewskiego, co to za poduszczeniem UPR spróbował ujawnić agenturę w strukturach państwa.

Na szczęście dzięki leninowskiej („A Lenin widieł dalieko, na mnogo liet wpieriod”) dalekowzroczności Jacka Kuronia i jego osobistemu wstawiennictwu, płk Lesiak nie tylko został włączony do Urzędu Ochrony Państwa, ale przez demokratyczne władze dopuszczony do takiej konfidencji, że dzieło rozpoczęte w latach 80-tych mógł kontynuować w wolnej Polsce, dysponując nie tylko możliwościami UOP, ale nawet – kontrwywiadu wojskowego. Taki mniej więcej obraz sytuacji wyłania się z akt znalezionych w słynnej „szafie Lesiaka”, które niezawisły sąd po trochu każe odtajniać.

Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że dzięki temu szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, role natychmiast się odwróciły. Już nikogo nie obchodzą taśmy nagrane w alkowie pani Beger, która zresztą też zniknęła w jakiejś mysiej dziurze, kiedy tylko pan Andrzej, przestraszywszy się komornika i Waldemara Pawlaka jako wicepremiera, został na postronku przywiedziony do Canossy przez Romana Giertycha.

Wprawdzie SLD i PO próbują jeszcze grzmieć przeciw politycznej korupcji („a ksiądz pleban na odpuście przeciw dziatkom i rozpuście grzmiał jak piorun na ambonie”), ale zarazem niespokojnie strzygą uszami, czy nie zbliża się prokurator i mięsistymi nosami próbują wyczuć, czy z dokumentów z szafy Lesiaka nie wydostają się jakieś śmierdzące dmuchy.

Bo też nie chodzi tu o płk. Lesiaka, który zresztą zachowując kamienny spokój milczy jak grób, tylko o to, kto mu kazał śledzić i „dezintegrować” prawicę. Oczywiście nikt się nie przyznaje. B. prezydent Wałęsa do tego stopnia się pogubił, że najpierw oskarżył Kaczyńskich, że sami się inwigilowali i dezintegrowali. Dopiero, gdy Mieczysław Wachowski przełożył tę gonitwę spłoszonych myśli pana prezydenta na język ludzki, okazało się, że to Kaczyńscy z Janem Olszewskim uknuli straszliwy zamach stanu, który miał się zakończyć powtórnym internowaniem Wałęsy w Arłamowie.

Jednak nawet „Gazeta Wyborcza” i TVN traktują to raczej jako „sen wariata śniony nieprzytomnie”, a autorytety, tak w innych razach wyczulone na wszelkie zagrożenia demokracji, tym razem nabrały wody w usta. Cóż zresztą mają mówić, kiedy red. Michnik też okazał się „nieuchwytny” po ujawnieniu sekretnych nagrań jego rozmowy ze słynnym biznesmenem Aleksandrem Gudzowatym? Wiadomo, że żaden autorytet moralny nie zaryzykuje opinii nie zatwierdzonej przez wiadomy sanhedryn, więc na razie jeszcze nie wiemy, co myślimy.

Na domiar złego, pozbawieni właściwego ukierunkowania dziennikarze rozzuchwalili się do tego stopnia, że ośmielają się drążyć kwestię stanu świadomości samego Jana Marii Rokity, który w szykowanym przez Platformę i SLD „gabinecie cieni” ma być desygnowany na premiera w razie konstruktywnego votum nieufności dla rządu. Co prawda ten premier ma być podobnież tylko jednodniowy, na zasadzie ogłosić wybory i umrzeć, ale, jak to mówią, dobra psu i mucha.

Inna sprawa, że to zły omen, bo jak wiadomo, jętka jednodniówka, ledwie pogrzeje się w słońcu, a już o zachodzie umiera. Więc na początku poseł Rokita podobnie jak wszyscy, szedł w zaparte, że o niczym „nie wiedział”, ale niewiele mu to pomogło, bo były szef UOP Jerzy Konieczny zeznał w prokuraturze, że o praktykach płk. Lesiaka skrupulatnie informował członków władz państwowych, a szefa Urzędu Rady Ministrów Jana Rokitę – w szczególności.

Tymczasem okazało się, że Canossa jest w podwarszawskim Jadwisinie, gdzie premier Kaczyński musiał zamachać panu Andrzejowi przed nosem stanowiskiem wicepremiera, bo podczas czwartkowego głosowania wniosku PiS o przerwę w obradach Sejmu do 17 października, Samoobrona, podobnie jak LPR i Klub Ludowo-Narodowy, uznała, że „dla dobra Polski” ta przerwa jest absolutnie konieczna.

W rezultacie wniosek o samorozwiązanie Sejmu, złożony przez PO i SLD, który właśnie wtedy będzie głosowany, prawdopodobnie nie tylko nie uzyska wymaganej większości 2/3 głosy ustawowej liczby posłów, ale może uzyskać wyłącznie poparcie wnioskodawców, którzy wskutek tego, w obawie przed kompromitacją, mogą odstąpić od próby konstruktywnego votum nieufności. Przy okazji wszyscy zobaczyli, że Kaczyńskiemu udało się wepchnąć Platformę w objęcia SLD. No więc, czy nie ma szczęścia?


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/tor_14-10-2006.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Publikacja dla „Goniec” (Toronto) · 14 października 2006
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?