Nawigacja
 
W poszukiwaniu wspólnego mianownika
W „Bajce o trzech maszynach opowiadających króla Genialona” autorstwa Stanisława Lema, jedna z maszyn opowiada historię, jak to wielki konstruktor Trurl, wraz ze swoim przyjacielem Klapaucjuszem wybrali się w nieznaną i zapadłą okolicę Kosmosu, o której pożółkła ze starości księga wspominała jako o siedzibie straszliwego zbója Dyploja.

Początkowo nie bardzo wierzyli w te opowieści, ale gdy tak zagłębiali się w otchłanie Kosmosu, również okoliczni mieszkańcy coraz częściej wspominali o tajemniczym zbóju. Wreszcie pewnego dnia zostali przezeń porwani. Okazało się, że Gębon – bo takie było jego prawdziwe imię – jest zbójem dyplomowanym i dlatego przede wszystkim poszukuje wiedzy, tzn. informacji, chociaż złotem i klejnotami, ma się rozumieć, też nie gardzi.

Konstruktorzy zbudowali mu więc Demona Drugiego Rodzaju, który z chaotycznych ruchów i przypadkowych konfiguracji cząsteczek zjełczałego gazu krążącego po dnie starej beczki, ekstrahował mu informację, w każdym szczególe prawdziwą, tyle, że chaotyczną. Na przykład obok różnych opisów smaku piwa grzybkiem nadpsutego, były rozważania, ileż to powłok elektronowych miałby szlachetny pierwiastek calsonium, gdyby w ogóle istniał i tak dalej. Demon Drugiego Rodzaju był bowiem podstępną pułapką, którą przebiegli konstruktorzy zastawili na Gębona, żeby odwrócić jego uwagę i umknąć.

Kiedy uwzględni się stopień bombardowania nas informacjami, nie mówiąc już o „faktach prasowych”, które na przykładzie „Gazety Wyborczej” opisał w swoim czasie „drogi Bronisław”, to nie da się ukryć, że już od lat znajdujemy się w położeniu zbója Gębona, co to tysiącem oczu śledził wydobywające się z Demona Drugiego Rodzaju informacje w nadziei, że za chwilę ukażą mu się jakieś otchłanne tajemnice Bytu.

Tymczasem żadnych tajemnic Bytu jakoś nie widać, za to zasypuje nas lawina grochu z kapustą, w którym trudno doszukać się jakiegoś sensu, jakiegoś wspólnego mianownika. Czy w ogóle istnieje jakiś wspólny mianownik, czy może on też jest tylko wyrazem naszej tęsknoty za ładem, istniejącym niestety tylko w naszych wyobrażeniach?

W tym ostatnim mniemaniu utwierdzają swoich wyznawców niebezpieczni szaleńcy, jakich coraz więcej pojawia się na uniwersytetach i w mediach. Nazywają się oni „filozofami” i nauczają, że nie istnieje żadna prawda. Nie bardzo w takim razie wiadomo, na czym polega owa straszliwa wiedza, której nauczają, mimo to nikt nie zamyka ich w plecionkach, ani nie oddaje pod surowy dozór infirmerów, chociaż z drugiej strony każdy niby wie, że np. mosty się nie walą, samoloty nie spadają, a ciała niebieskie krążą wokół siebie z dokładnością do ułamka sekundy.

Wskazywałoby to raczej na istnienie Prawdy. Każda epoka ma jednak swoje zabobony i fetysze, a w dzisiejszych czasach zabobonnym szacunkiem otaczane są dyplomy, czyli „dyploje” magistrów, doktorów i profesorów, którymi ci szaleńcy zostali obdarzeni przez innych szaleńców, wskutek czego szaleństwo szerzy się z szybkością płomienia, pochłaniając resztki zdrowego rozsądku.

Ale, jak mówią Rosjanie, „każdy durak po swojemu s uma schodit”, więc również w tych szaleństwach można wyróżnić pewne nurty, a właściwie – kulty. Jednym z nich jest Nieubłagany Postęp, któremu ulegają szaleńcy nadpobudliwi, w odróżnieniu od szaleńców ociężałych, lubiących wypić i zakąsić, którzy z kolei czczą Święty Spokój. I oto przed kilkoma dniami czciciele Nieubłaganego Postępu udelektowali ludzkość nowym, postępowym przekładem Biblii, dostosowanej do surowych wymagań politycznej poprawności.

Jak wiadomo, opiera się ona na przekonaniu o absolutnej wyższości Demokracji i wymaga m.in. zachowania ścisłej symetrii między płciami, tymczasem na Tamtym Świecie jest, jak wiadomo, Królestwo Niebieskie, a nie Demokratyczna Republika Niebieska. Na domiar złego, Królestwem tym rządzi Jednoosobowy Triumwirat w postaci Ojca, Syna i Ducha. Z polityczną poprawnością jest to oczywiście nie do pogodzenia tym bardziej, że poza tym o Tamtym Świecie wiemy na pewno jedynie to, że nigdy tam nie było, nie ma i nie będzie żadnych reform.

W tej sytuacji nasi szaleńcy stworzyli rodzaj „faktu prasowego”, w postaci wspomnianego przekładu, w którym Jednoosobowy Triumwirat przepoczwarza się w Hermafrodytę Doskonałego i triumfalnie zaprezentowali swoje dzieło, licząc zapewne na lawinowy napływ podążających za modą entuzjastów. Z kolei czciciele Świętego Spokoju, dla miłego kompromisu gotowi są tolerować w swoim gronie notorycznych cichodajów, nadużywając zaufania w posiadaną przez nich władzę. Czy jednak język zawiązany na supeł na ziemi będzie również tak samo zawiązany w Niebiesiech?

Wygląda jednak na to, jakby Władze Królestwa Niebieskiego postanowiły udzielić szaleńcom Obojga Obrządków nauczki, oczywiście po swojemu, tzn. przy pomocy delikatnej aluzji. Oto w gdańskim gimnazjum koledzy, na oczach innych uczniów, siłą rozebrali do naga swoją koleżankę i symulując gwałt, sfilmowali całą scenę przy pomocy telefonu komórkowego.

Biedna dziewczyna nie mogąc znieść takiego upokorzenia popełniła samobójstwo. W piątek, 27 października została uroczyście pochowana na cmentarzu parafialnym, a uroczystości pogrzebowe celebrował osobiście JE abp Tadeusz Gocłowski. Przepisy kościelne powiadają, że samobójcom nie odmawia się katolickiego pogrzebu, ponieważ wg podobno zgodnej opinii psychiatrów, nie są oni w pełni odpowiedzialni za swój czyn.

Jednak czy ci psychiatrzy aby na pewno mają rację? Czy ich podejrzanie zgodna opinia nie została aby obstalowana przez czcicieli Świętego Spokoju? Czy 14-letnia Ania naprawdę postąpiła jak osoba nieodpowiedzialna, czy może jej czyn był odważną i patetyczną manifestacją w obronie Honoru, na co niestety wielu innych już nie stać? Może rzeczywiście przez gest tej panienki, bo już niestety nie przez jej usta, przemówił do nas sam Duch, który ostatnie wydarzenia może odczuwać jako osobistą zniewagę? Żeby przypomnieć, komu tam trzeba, że Honor jest ważniejszy od Reputacji?

Zapalając na grobach naszych bliskich lampki będące symbolem naszej żywej o nich pamięci, doznajemy niekiedy przypływu rzewności, nie tylko na ich wspomnienie, ale również na myśl o naszym własnym przeznaczeniu i o naszym własnym dziedzictwie. Cóż właściwie cennego możemy przekazać naszym dzieciom, cóż cennego – następnym pokoleniom, jeśli nie wypływające z istniejącego w nas podobieństwa Bożego poczucie Honoru?


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/ncz_03-11-2006.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Publikacja dla „Najwyższy Czas!” · 3 listopada 2006
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?