Nawigacja
 
Fundamenty ładu gospodarczego
Przystępując do przedstawienia fundamentów ładu gospodarczego, warto przedtem wyjaśnić, do czego właściwie służy gospodarka. Można bowiem odnieść wrażenie, że oczekiwania kierowane wobec gospodarki są nadmiernie wygórowane. Wielu ludzi uważa, że przy pomocy gospodarki, a więc odpowiednio ukształtowanego systemu bodźców ekonomicznych, można osiągnąć właściwie wszystko, z wychowaniem tak zwanego „nowego człowieka” włącznie.

Takie ujęcie tematu przekraczałoby nie tylko moje możliwości, ale również jest przeciwne moim poglądom na cele, jakim służy i powinna służyć gospodarka, dlatego też, zarówno na użytek tego referatu, jak i w ogóle powiem, że celem gospodarki jest konsumpcja. Gdyby było inaczej, gdyby celem gospodarki było, dajmy na to, tworzenie miejsc pracy, ludzie produkowaliby np. chleb z cementu, bo przy takiej produkcji z pewnością można byłoby stworzyć wiele miejsc pracy. Jeśli jednak nikt normalny tego nie robi, to jest to bardzo poważna poszlaka, że celem gospodarki jest konsumpcja.

Konsumpcja jest nie tylko celem gospodarki, ale nawet jej przyczyną. Gospodarka bowiem, a więc produkowanie i wymiana dóbr i usług istnieje wyłącznie z powodu zjawiska zwanego rzadkością. Chodzi o to, że ilość użytecznych dóbr i usług nie jest nieskończenie wielka, zwłaszcza, gdy porównać ją z ludzkimi potrzebami, które w zasadzie są nieograniczone, przynajmniej w potocznym znaczeniu tego słowa. Gdyby podaż dóbr materialnych i usług była nieograniczona, to gospodarka, a więc ich wytwarzanie, a zwłaszcza wymiana, nie byłaby potrzebna, bo każdy miałby wszystkiego tyle, ile tylko mógłby sobie zamarzyć.

Ponieważ jednak te dobra i usługi charakteryzują się rzadkością, gospodarka, a więc proces ich wytwarzania oraz wymiany, jest niezbędna, żeby potrzeba konsumpcji została zaspokojona przynajmniej częściowo. Zatem gospodarka jest procesem, systemem różnych przedsięwzięć, skierowanych na wytwarzanie dóbr materialnych i usług oraz ich wymiany w warunkach rzadkości.

Wytwarzanie i wymiana mogą odbywać się na rozmaite sposoby. Na przykład można wyobrazić sobie sytuację, w której osobnicy najsilniejsi zjadają po kolei wszystkich pozostałych, zaspokajając w ten sposób swoje potrzeby konsumpcyjne. Można też wyobrazić sobie sytuację mniej skrajną, kiedy to najsilniejsi osobnicy tylko zmuszają pozostałych do wytwarzania dóbr i usług, a następnie prawie wszystko im zabierają i sobie przywłaszczają.

Można wreszcie wyobrazić sobie sytuację, w której zarówno wytwarzanie dóbr, jak i ich wymiana, odbywa się w warunkach swobody, tzn. kiedy nikt przez nikogo nie jest do niczego zmuszany siłą, zaś w gospodarce uczestniczy według własnej woli. Już taki pobieżny przegląd różnych możliwości zorganizowania gospodarki pokazuje, jak ważne są jej fundamenty pozaekonomiczne. Nie tylko bowiem determinują one samą gospodarkę, to znaczy – sposób radzenia sobie z problemem rzadkości dóbr, ale też zasadniczo wpływają na jej wydajność, to znaczy zdolność zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych ludzi.

Poziom zaspokojenia konsumpcyjnych potrzeb ludzi jest ważnym elementem dobrobytu, na który składa się zarówno obfitość materialna, jak i poczucie psychicznego komfortu i bezpieczeństwa. Nie jest to może stan równoznaczny ze szczęściem, które wymaga dodatkowych, a nawet niekoniecznie dodatkowych, tylko jeszcze innych elementów, niemniej jednak w powszechnym przekonaniu dobrobyt uchodzi za wartość pozytywną, za dobro, podczas gdy jego przeciwieństwo, czyli nędza, ucisk i stan zagrożenia w powszechnym mniemaniu uchodzą za zło. Jeśli zatem intencją naszą jest pomnażanie dobra, powinniśmy oprzeć gospodarkę na takich fundamentach, które dobrobytowi przynajmniej sprzyjają, a nie oddalają od niego.

Zastanawiając się nad wyborem tych fundamentów musimy pamiętać, że gospodarka z założenia powinna służyć ludziom, stanowiąc istotny element odczuwanego przez nich dobrobytu. Musimy zatem wziąć pod uwagę, w jakich warunkach ludzie silniej odczuwają błogostan, a w jakich słabiej. Inaczej mówiąc, musimy wziąć pod uwagę zarówno właściwości natury ludzkiej, jak i wyobrażenia co do najbardziej pożądanego sposobu ułożenia stosunków między poszczególnymi jednostkami. Kierując się tą wskazówką, za jeden z fundamentów pożądanego ładu gospodarczego musimy uznać wolność.


Wolność

Wolność bywa definiowana aż na dwa sposoby, jako „wolność od” i „wolność do”. Wydaje mi się to nie tylko zupełnie niepotrzebnym dzieleniem włosa na czworo, ale i poważnym błędem, którego konsekwencją jest zanegowanie wolności poprzez wprowadzanie kategorii „wolności prawdziwej”. Tak zwana „wolność do” wzbudza nasze podejrzenia już jako dziwoląg gramatyczny, ponieważ to, co bywa pod tym określeniem rozumiane, w języku polskim poprawnie nazywa się skłonnością do czegoś.

Tymczasem wolność oznacza sytuację, w której człowiek nie jest poddany żadnemu zewnętrznemu przymusowi. Wielu ludzi uważa w związku z tym, że wolność nie istnieje, że jest to tylko nieosiągalne marzenie ludzi, którzy tak naprawdę wcale nie są wolni. Wydaje się jednak, że taka opinia jest konsekwencją mylenia wolności ze wszechmocą; człowiek jest wolny mimo to, że dajmy na to, nie może samodzielnie latać w powietrzu.

Mówiąc bowiem o wolności ludzkiej nie powinniśmy mieć i nie mamy na myśli uwolnienia od wszystkich możliwych ograniczeń, tylko od zewnętrznych przymusów. Zatem nie można uznać za ograniczenie ludzkiej wolności ani niemożności bilokacji, ani też niemożności zapanowania nad własnymi popędami.

Wydaje się, że takie stanowisko jest zgodne z chrześcijańską koncepcją człowieka, którego ważną cechą, być może nawet – obok inteligencji – wskazującą na podobieństwo Boskie, jest właśnie zdolność świadomego wybierania, zwana wolną wolą, a więc wolnością. Chrześcijaństwo ponadto poucza nas, że wolność ludzka nie jest żadnym złudzeniem, że jest jak najbardziej autentyczna, a paradoksalnym dowodem tej autentyczności jest piekło.

Skoro upewniliśmy się, że ludzie są wolni, to warto też zwrócić uwagę, że wolność, a więc brak zewnętrznych przymusów, uważana jest, całkiem zresztą słusznie, za warunek sine qua non dobrobytu. Oznacza ona dla każdego człowieka możliwość samodzielnego wyboru sposobu życia, możliwość życia po swojemu.

Co więcej, wydaje się, że tak rozumiana wolność umożliwia pojawianie się uczuć wyższych, jak np. przyjaźń czy miłość, które uważane są za elementy szczęścia. Tę myśl wyraża przysłowie „serce nie sługa”, wskazujące, że miłość domaga się wolności. W takim razie jest rzeczą całkowicie pewną, że i gospodarka, a więc proces wytwarzania i wymiany dóbr i usług, powinna być ufundowana na wolności.

Ten fundament powinien przyjąć postać zasady volenti non fit iniuria (chcącemu nie dzieje się krzywda), której powinien zostać podporządkowany cały system prawny, a zwłaszcza dziedziny regulujące stosunki gospodarcze. Przyjęcie tej zasady, jako podstawy systemu prawnego oznacza pierwszeństwo prawa umownego nad prawem ustanawianym przez władzę publiczną.

Strony zawierające umowę ustanawiają bowiem między sobą prawo, które ma tę zaletę, że przez obydwu kontrahentów zostało dobrowolnie zaakceptowane jako słuszne. Nie ma żadnego powodu, by tę możliwość ograniczać, za wyjątkiem sytuacji, gdy strony zawierają umowę na szkodę osoby trzeciej, która kontrahentem nie jest, albo – gdy realizacja umowy stwarza zagrożenie bezpieczeństwa powszechnego.

W projekcie konstytucji, jaki przygotowałem w roku 1992, umieściłem normę, która wyraża tę myśl: „nikt nie może wbrew stronom podważyć umowy, ani zmienić jej treści, chyba że stanowi ona czyn zabroniony pod groźbą kary, wynika z takiego czynu, albo ma go na celu”.

Wolność, jako fundament ładu gospodarczego oznacza też, że władza publiczna powinna unikać wtrącania się do gospodarki. Państwo jest bowiem monopolem na przemoc, w związku z czym przemoc stanowi właściwy władzy publicznej modus operandi. Tymczasem przemoc jest zaprzeczeniem dobrowolności, która powinna charakteryzować stosunki gospodarcze, również z punktu widzenia wydajności.

Przysłowie powiada, że „z niewolnika nie ma robotnika” i rzeczywiście – doświadczenie historyczne poucza, iż próby ustanowienia ładu gospodarczego lekceważącego ludzką wolność zawsze były nieudane również z tego punktu widzenia. Anna Applebaum w książce „Gułag” dowodzi, że przedsiębiorstwa produkcyjne wchodzące w skład sowieckiego GUŁag-u, były przez cały czas deficytowe, chociaż w zasadzie wykorzystywały pracę niewolniczą.

Warto zwrócić uwagę, że również państwa socjalistyczne, w których reglamentacja, a więc zdominowanie gospodarki przez władzę polityczną było znacznie większe, niż w tzw. świecie kapitalistycznym, w końcu przegrały wyścig na wydajność, co stało się przyczyną upadku systemu komunistycznego w skali światowej.

Ale reglamentacja może przyjmować formy łagodniejsze, niż ręczne sterowanie gospodarką przez władzę polityczną. Najbardziej rozpowszechnioną obecnie formą reglamentacji jest ustanawianie przez władzę publiczną monopoli oraz mnożenie drobiazgowych i bezwzględnie obowiązujących regulacji. Jeśli chodzi o monopole, to przyjmują one postać koncesji, licencji, zezwoleń i pozwoleń, nadawanych przez organy administracji publicznej osobom fizycznym i przedsiębiorstwom.

Koncesja jest formą monopolu, bo oznacza przyznanie jednemu lub niektórym podmiotom przywileju funkcjonowania w jakiejś dziedzinie gospodarki (np. obrotu paliwami płynnymi) i odmówieniu tego prawa wszystkim pozostałym. Tego ograniczenia wolności nie da się usprawiedliwić żadnym rozsądnym argumentem, a poza tym reglamentacja gospodarki w takiej postaci podnosi koszty produkcji i wymiany, również wskutek nieuchronnej w tych warunkach korupcji, a więc osłabia wydajność gospodarki, która w tej sytuacji nie służy zwiększaniu dobrobytu w takim stopniu, w jakim mogłaby to robić w innych warunkach.

Jeśli natomiast chodzi o regulacje, to one nie tylko również znacznie podnoszą koszty produkcji i wymiany, ale ponadto ich mnogość sprawia, że zapoznanie się z nimi, a zwłaszcza ich zapamiętanie przekracza możliwości umysłu ludzkiego. W rezultacie, wskutek pogłębiającej się nieznajomości obowiązującego prawa, ludzie w stosunkach wzajemnych zaczynają posługiwać się prawem zwyczajowym, co może nie byłoby niczym złym, gdyby nie okoliczność, że bardzo często, zupełnie nieświadomie i w sposób niezawiniony, stają się przestępcami.

Taka sytuacja z kolei powoduje, że ludzie żyją w obliczu permanentnego zagrożenia ze strony państwa, wskutek czego coraz większa część gospodarki schodzi do podziemia. Tę tendencję potwierdza u nas informacja Głównego Urzędu Statystycznego, według szacunków którego około 30 proc produktu krajowego brutto, a więc tego, co zostało wytworzone i sprzedane, powstaje w tzw. szarej strefie, a więc w konspiracji przed władzą publiczną.

Trudno o bardziej wymowny dowód pogarszania się jakości prawa, lekceważącego zasadę volenti non fit iniuria. Jeśli zatem chcemy, by gospodarka zaczęła wykorzystywać w pełni swoje możliwości, musimy nie tylko zahamować tendencję do jej postępującej etatyzacji, ale ją odwrócić.

Wreszcie przejmowanie przez państwo, a więc władzę publiczną roli głównego organizatora niektórych dziedzin gospodarki (np. ochrona zdrowia) powoduje gwałtowny wzrost kosztów w tych dziedzinach bez jednoczesnej poprawy wydajności i jakości produktów oraz gwałtowny wzrost kosztów funkcjonowania państwa.

Przyczyną tego stanu rzeczy jest narzucanie sprzedaży usług państwowych monopoli przez cały łańcuch pośredników, którzy wymuszają swoje wynagrodzenia wyłącznie dzięki pozycji zajętej w aparacie władzy, a nie ekonomicznej przydatności dla współobywateli.. Na skutek utrzymywania państwowych monopoli, ludzie zmuszani są do płacenia coraz wyższych cen za oferowane usługi i ponoszenia coraz wyższych ciężarów na utrzymanie państwa, co w sposób oczywisty obniża ich zdolności konsumpcyjne.

Proces ten charakteryzuje się rosnącą dynamiką; premier Miller powiększył dług publiczny o 20 mld dolarów w dwa lata, premier Belka – w ciągu roku, a premier Marcinkiewicz – w ciągu 6 miesięcy. Równolegle obywatele w coraz to większym stopniu stają się niewolnikami lichwiarskiej międzynarodówki, bo o ile w 2005 roku koszty obsługi długu publicznego wyniosły ok. 700 zł rocznie na mieszkańca, o tyle w roku bieżącym muszą przekroczyć 800 zł, a w roku przyszłym – jeśli nie stanie się nic złego – dojdą do tysiąca.

Oznacza to, że statystyczna, pięcioosobowa rodzina, będzie musiała tylko z tego tytułu zapłacić lichwiarskiej międzynarodówce około 5 tys. zł. Dzięki temu lepiej rozumiemy przyczynę, dla której znaczna część, a może nawet większość ludzi w Polsce nie odczuwa efektów wzrostu gospodarczego, który mimo wszystko (a może dzięki poświęceniu ludzi działających w szarej strefie) nawet jest – i dlaczego około 60 proc. gospodarstw domowych nie ma żadnych oszczędności, chociaż suma oszczędności przekroczyła 500 mld zł.


Własność

W ten sposób dochodzimy do własności, jako kolejnego fundamentu pożądanego ładu gospodarczego. Kontrowersje w tej kwestii zaczynają się już przy sposobie rozumienia tego pojęcia. Zwolennicy etatyzmu, chociaż się do tego nie przyznają, chcieliby uczynić z własności rodzaju nudum ius, tzn. nagiego tytułu, za którym nie kryje się już żadna konkretna treść, ponieważ wypełniają ją bez reszty zarządzenia i decyzje władzy publicznej. Zwolennicy powrotu do normalności natomiast po staremu traktują własność, jako pełne władztwo nad rzeczą, przysługujące właścicielowi z wyłączeniem innych osób.

Za takim traktowaniem własności przemawia wiele argumentów, ale przede wszystkim ten, że nawet zagorzali i społecznie wrażliwi etatyści nie odbierają właścicielowi przywileju osobistej odpowiedzialności za zobowiązania związane z przedmiotem własności, chociaż oczywiście prawo do współuczestnictwa w decyzjach, których następstwem są te zobowiązania, wielkodusznie przyznaliby każdemu, a w szczególności państwu i związkom zawodowym. Tymczasem każde odejście albo od pełni władztwa nad rzeczą, albo od wyłączności tego władztwa, powoduje bardzo poważne konsekwencje zarówno dla gospodarki, jak i dla życia społecznego.

Jeśli władztwo właściciela przestaje być pełne, tzn. kiedy on w stosunku do przedmiotu własności nie może podejmować wszystkich decyzji, to pojawia się bardzo poważne ryzyko, a właściwie nawet pewność, że z punktu widzenia ekonomicznego przedmiot własności nie będzie odpowiednio wykorzystany.

O ile bowiem właściciel na ogół jest oczywiście zainteresowany maksymalnymi pożytkami z własności, ale co najmniej tak samo – zachowaniem przedmiotu własności, o tyle inne osoby mogą być zainteresowane już tylko jednorazowym wyciągnięciem maksymalnych pożytków, nawet za cenę utraty przedmiotu własności.

Dobrą ilustracją takiej właśnie sytuacji było wymuszanie przez związki zawodowe niezwykle rozbudowanych tzw. pakietów socjalnych przy prywatyzacjach państwowych przedsiębiorstw, co w wielu przypadkach stawało się przyczyną licznych upadłości. Jeszcze bardziej drastyczne objawy występowały w Związku Sowieckim tuż przed rozpętaniem kolektywizacji, kiedy rosyjscy chłopi masowo wybijali bydło i trzodę. Zatem ograniczenie pełni władztwa właściciela, zwłaszcza w postaci powszechnie obowiązującej zasady, zawsze musi prowadzić do postępującej dewastacji całej gospodarki.

Takie same następstwa mają miejsce, gdy władztwo właściciela przestaje być wyłączne, tzn. kiedy kto inny podejmuje decyzje odnoszące się do przedmiotu własności, a kto inny ponosi ekonomiczne skutki tych decyzji. Taka sytuacja występuje zawsze w tak zwanej własności publicznej, kiedy decyzje podejmują urzędnicy, zaś ekonomiczne skutki ponoszą podatnicy.

Jeśli, dajmy na to, kierowany przez urzędników poprzebieranych za bankierów Bank Gospodarki Żywnościowej w połowie lat 90-tych porozdawał różnym osobom tak zwane „złe kredyty”, to później podatnicy musieli wyłożyć 16 mld zł na postawienie tego banku na nogi, bo premier Waldemar Pawlak właśnie tyle mu przyznał na „dokapitalizowanie”.

Podobnie cała Polska musiała składać się na pokrycie deficytu spółek węglowych, bo o ile górnicy potrafią wynajętymi autokarami przyjechać do Warszawy i nastraszyć posłów i biurokratów, to „cała Polska” przecież tego nie zrobi, bo niby jak? Dlatego też „własność publiczna” powinna jak najszybciej zniknąć z gospodarki – również dlatego, że państwo nie powinno być gospodarczym konkurentem swoich podatników.

Dlatego też władza publiczna powinna powstrzymywać się przed przyznawaniem sobie prawa ingerowania w cudzą własność i nie przyznawać takich uprawnień również grupom obywateli, zrzeszonych w związkach zawodowych.

Przeciwko temu podnoszony jest argument o powszechnym przeznaczeniu dóbr. Rzeczywiście, Pan Bóg stworzył rzeczy smaczne nie tylko dla grzeszników, ale dla wszystkich. Problem wszelako w rzadkości, w następstwie której „słodkich pierniczków dla wszystkich nie starczy i tak”, w związku z czym problem zasad udziału w istniejącym oraz powstającym bogactwie trzeba jakoś rozwiązać.

Czy zatem jest możliwe zachowanie tradycyjnej postaci własności w jednoczesnym respektowaniem zasady powszechnego przeznaczenia dóbr, która też wydaje się oczywista? Mamy w tej sprawie wiadomość dobrą i złą. Dobrą – że jest to możliwe, a złą – że nie według formuły wykoncypowanej przez niektórych pobożnych socjalistów, że „własność” niby jest „prywatna”, ale już „pożytek” – wspólny.

Znacznie lepszą formułę pogodzenia tradycyjnej własności z zasadą powszechnego przeznaczenia dóbr zaproponował Jerzy Gilder. Według niego, jeśli właściciel włącza przedmiot swej własności do obrotu gospodarczego tzn. jeśli go nie tezauryzuje (np. nie zakopuje złota w ziemi), to znaczy, że stawia do dyspozycji innych ludzi dobra, których albo przedtem nie było (do miasteczka przyjeżdża lekarz), albo nie było ich tyle (przemysłowiec buduje nową fabrykę), albo nie było ich w tym miejscu (kupiec przewozi herbatę przez ocean), kosztem swego majątku.

Jeśli trafnie odgadł potrzeby innych ludzi, a więc jeśli dzięki jego darowi zasada powszechnego przeznaczenia dóbr zaczęła wypełniać się konkretną treścią, to zostanie wynagrodzony zyskiem. Jeśli zlekceważył ludzkie potrzeby, tzn. jeśli wskutek błędu czy lekkomyślności właściciela majątku żadne przysporzenie dóbr nie nastąpiło (fabryka produkuje buty z żelbetu, których przecież nikt nie chce), to właściciel zostanie ukarany utratą tego, co błędnie zainwestował. Oczywiście pod warunkiem, że za pośrednictwem władzy publicznej nie zmusi współobywateli, by solidarnie pokryli koszty jego głupoty czy lekkomyślności.

Jeśli zatem pragniemy, by zasada powszechnego przeznaczenia dóbr harmonijnie współistniała z tradycyjnie pojmowana instytucją własności, to widzimy wyraźnie, że powinniśmy wystrzegać się przyznawania władzy publicznej jakichkolwiek kompetencji w dziedzinie obrotu gospodarczego.

No i wreszcie najważniejsza sprawa z punktu widzenia własności, tzn. podatki. Podatek stanowi oczywisty zamach na własność, ale zamach usprawiedliwiony tym, że państwo, które jest monopolem na przemoc, potrzebuje środków, by móc używać tej przemocy w służbie sprawiedliwości. Jeśli jednak nawet ten zamach na własność jest usprawiedliwiony, to dla dobra gospodarki należy zminimalizować jego negatywne skutki.

Chodzi przede wszystkim o rozmiar konfiskaty dochodów obywateli przez państwo, ale również – pamiętając o roli wolności ludzkiej w tworzeniu dobrobytu – o wewnętrznej konstrukcji systemu podatkowego, żeby z tego punktu widzenia był jak najmniej uciążliwy.

Mając to na uwadze trzeba z wielką stanowczością bezwzględnie potępić podatek dochodowy. Po pierwsze dlatego, że jest antymotywacyjny, bo nawet w najłagodniejszej postaci, tzn. w postaci podatku liniowego, rozmiar konfiskaty dochodu zależy od jego wielkości: im większy dochód, tym większa konfiskata. Z punktu widzenia wymagań gospodarki jest to niepojęty nonsens, ponieważ zniechęca do pomnażania bogactwa ludzi, którzy najlepiej potrafią to robić z pożytkiem również dla tych, którzy tego nie potrafią.

Po drugie dlatego, że wskutek swojej konstrukcji wkłada w ręce władzy publicznej uprawnienie do kontrolowania dochodów obywateli. Uprawnienie to wcale nie jest konieczne dla prawidłowego funkcjonowania państwa, bo gdyby, dajmy na to, system podatkowy składał się wyłącznie z podatków konsumpcyjnych, to państwo miałoby niezbędne środki również bez wyposażania władzy w prawo kontrolowania dochodów obywateli.

Z tego punktu widzenia nieco lepsze są podatki konsumpcyjne, tzn. ukryte w cenach towarów. Pobór tych podatków następuje przy zakupie towaru lub usługi, więc teoretycznie każdy sam decyduje o tym, ile podatku zapłaci. Podatek konsumpcyjny wprawdzie zachęca do oszczędności, ale zniechęca do konsumpcji, a skądinąd wiemy, że to ona właśnie jest celem gospodarki. Jeśli nawet chwilowo oszczędzamy, to przecież po to, by powiększyć swoją zdolność konsumpcyjną w przyszłości. Zatem z punktu widzenia celów gospodarki również podatki konsumpcyjne nie są rozwiązaniem optymalnym.

Takim optymalnym rozwiązaniem wydaje się ryczałtowy podatek osobisty, czyli taka sama dla każdego obywatela składka na państwo. Wprawdzie budzi ona opory ze strony środowisk wrażliwych społecznie, ale celem mego referaty nie jest dostarczanie tym środowiskom satysfakcji, tylko wskazanie fundamentów pożądanego ładu gospodarczego.

Dlatego też przechodzę do porządku nad zastrzeżeniami wobec ryczałtowego podatku osobistego, ponieważ z punktu widzenia potrzeb gospodarki, podatki powinny być możliwie jak najmniejsze i taki powinien być również ryczałtowy podatek osobisty. O ile mniejszy od obecnych? Co najmniej sześciokrotnie mniejszy i właśnie takie zmniejszenie obciążeń fiskalnych powinno stanowić istotę prawdziwej reformy finansów publicznych, do której prawdopodobnie nie dopuści żerująca na nich egoistyczna kasta polityczno-biurokratyczna.

Żeby jednak nie pozostawiać wątpiących bez wyjaśnienia przypominam, że wszystkie podatki są przerzucalne i w ostateczności liczy się nie to i nie tyle to, czy państwo wyciąga więcej pieniędzy z lewej kieszeni, czy z prawej, tylko – ile pieniędzy wyciąga ze wszystkich kieszeni łącznie.

Istota sprawy leży zatem w radykalnym obniżeniu podatków (i wydatków państwowych – co jest możliwe dzięki zmianie modelu państwa, ale to osobny temat), dzięki któremu – właśnie z uwagi na przerzucalność podatków w ceny towarów i usług – poziom cen radykalnie by się obniżył. Pewnemu obniżeniu uległaby też cena pracy, która jest u nas opodatkowana niczym najbardziej luksusowy towar, a więc i poziom płac, jednak z uwagi na spadek wszystkich pozostałych cen, w ostatecznym rachunku nastąpiłby wzrost konsumpcji, a więc również – wzrost dobrobytu, o co przecież w tym wszystkim chodzi.

Celem gospodarki – przypominam – nie jest bowiem wyrównywanie, czy usuwanie nierówności społecznych, tylko umożliwianie takiego wzrostu konsumpcji, który staje się udziałem i bogatych, i biednych. Obniżenie cen wskutek obniżenia podatków taki właśnie efekt przynosi.

Omawiając kwestię własności, jako jednego z fundamentów pożądanego ładu gospodarczego, nie sposób pominąć kwestii systemu monetarnego, a ściślej – uniemożliwienia rabunku obywateli za pośrednictwem banku centralnego w zmowie z rządem. Rabunek ten jest możliwy wskutek przyjęcia przez banki centralne systemu ograniczonej rezerwy bankowej, przepisom o prawnym środku płatniczym, odstąpieniu od standardu złota i mnożeniu wobec obywateli przymusów (m.in. przymusu ubezpieczeń społecznych) pociągających za sobą finansowe konsekwencje.

Jest to jednak temat na osobny referat, więc tylko sygnalizuję problem, który postaram się omówić szerzej w ewentualnej dyskusji, jeśli będzie taka potrzeba. Tymczasem przechodzę do trzeciego i ostatniego fundamentu pożądanego ładu gospodarczego, mianowicie – sprawiedliwości.


Sprawiedliwość

Podobnie jak własność, sprawiedliwość jest definiowana co najmniej dwojako i – podobnie, jak w przypadku własności – każda definicja pociąga za sobą bardzo poważne konsekwencje w zakresie ustroju gospodarczego. Jeden, bardzo ambitny sposób pojmowania sprawiedliwości, sprowadza się do przekonania, iż jest to idealny stan stosunków międzyludzkich.

Ponieważ w przypadku ideału każda zmiana oznacza pogorszenie, pomysłowość i energia zwolenników tego sposobu pojmowania sprawiedliwości była i jest skierowana na utrzymanie status quo. Na czym polegają idealne stosunki międzyludzkie? Można je wyrazić formułą: „od każdego według jego możliwości, każdemu – według potrzeb. Jednak warunkiem praktykowania sprawiedliwości według tej formuły jest dokładna znajomość zarówno potrzeb, jak i możliwości. W przeciwnym razie – nic nie wiemy, a więc nie wiemy także, czy jest sprawiedliwie, czy nie.

Jeśli chodzi o potrzeby – to każdy może jakoś je wyartykułować. Gorzej natomiast z możliwościami. Nikt nie zna ich dokładnie, więc konieczne jest powierzenie orzekania o nich komuś, czyje decyzje w tej kwestii będą przyjmowane „powszechnie i bez zastrzeżeń”. Oznacza to, że konsekwencją tej formuły sprawiedliwości jest niemożność jednoczesnego praktykowania sprawiedliwości i wolności. Znaczy – albo myć ręce, albo myć nogi.

Jest na szczęście drugi, wprawdzie mniej ambitny, ale za to bardziej obiecujący sposób rozumienia sprawiedliwości. Wyraża go formuła Ulpiana: „iustitia est firma et perpetua voluntas suum cuique tribuendi” (sprawiedliwość jest to niezłomna i stała wola oddawania każdemu, co mu się należy). Wprawdzie i tutaj musimy zadać pytanie, skąd wiemy, co się komu należy, ale odpowiedź wydaje się łatwiejsza; wiemy, bo przecież każdy może nam to zakomunikować.

Owszem, ale bezkrytyczne przyjęcie takich komunikatów dowodziłoby dużej naiwności, bo wiadomo, że ludzie mają skłonność do przeceniania swoich oczekiwań wobec świata. Zatem, jeśli ta formuła ma być nam do czegoś przydatna, musimy odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje jakaś metoda weryfikowania takich deklaracji, możliwa do zastosowania w skali masowej.

Taką metodą są właśnie umowy. W umowach bowiem strony deklarują sobie wzajemne oczekiwania i jeśli uznają je za uzasadnione, dochodzi do zawarcia kontraktu. Mamy zatem metodę weryfikowania deklaracji dotyczących oczekiwań, zdatną do zastosowania w skali masowej.

No dobrze, ale skąd mamy pewność, że ta weryfikacja jest autentyczna? Takiej pewności dostarczyć nam może tylko jednak okoliczność – że umowa była dobrowolna. Zgodnie z zasadą volenti non fit iniuria przyjmujemy, ze jeśli nie było przymusu, to kontrahent tak właśnie chciał postąpić. Okazuje się, że przy zastosowaniu tej mniej ambitnej formuły, dla praktykowania sprawiedliwości wcale nie trzeba rezygnować z wolności. Przeciwnie – wolność – tutaj w postaci dobrowolności umowy – jest warunkiem sine qua non sprawiedliwości kontraktu.

Pamiętając o tym, co mówiłem o potrzebie nadania priorytetu prawu umownemu nad prawem państwowym, widzimy, że aż do tej pory państwo nie bardzo jest potrzebne do praktykowania sprawiedliwości w życiu gospodarczym. Czyżby tak było w istocie? Niestety, na tym świecie pełnym złości eleganckie teoretyczne modele ulegają wypaczeniom na skutek ogólnych ludzkich przywar. W rezultacie bywa i tak, że nawet umowy zawarte w warunkach całkowitej dobrowolności nie są należycie wykonywane, albo nawet nie są wykonywane wcale, ze względu na skłonność niektórych ludzi do oszukiwania.

W tym momencie państwo ze swoją przemocą staje się niezbędne dla wyegzekwowania prawa, które sami kontrahenci, również kontrahent-oszust, uznali za sprawiedliwe. Państwo używa zatem przemocy w celu przywrócenia naruszonej sprawiedliwości i właśnie ta okoliczność uzasadnia od strony moralnej naszą zgodę na posiadanie przez nie monopolu na przemoc.

Warto jednak zwrócić uwagę, w jakiej fazie państwo może być ewentualnie potrzebne, a w jakiej fazie jego obecność byłaby raczej szkodliwa z punktu widzenia wymagań sprawiedliwości. Otóż w fazie negocjowania warunków umowy jakakolwiek obecność państwa w tych negocjacjach jest niepożądana, ponieważ podważyłaby nasze zaufanie do autentyczności weryfikacji. Już nie bylibyśmy tacy pewni, czy kontrahent się zgodził dlatego, że naprawdę tak chciał, czy raczej dlatego, że przestraszył się państwowej przemocy.

Ewentualna interwencja państwa jest pożądana dopiero wtedy, gdy doszło do naruszenia sprawiedliwości. To spostrzeżenie jest bardzo ważną wskazówką zarówno co do zakresu i charaktery interwencji państwa w gospodarkę, jak i ustroju gospodarczego. Zdaje się bowiem nie ulegać wątpliwości, że dla dobra gospodarki państwo powinno być strażnikiem umów prywatnych, natomiast bezpośrednio w gospodarkę się nie wtrącać, pozostawiając ją właściwym kapitanom, czyli przedsiębiorcom.

W gruncie rzeczy można by dojść do tego samego przekonania bez całego poprzedzającego tę konkluzję wywodu. Jakże bowiem można serio myśleć o powierzeniu gospodarki „państwu”, to znaczy urzędnikom, skoro fakt, że nigdy nie odnieśli oni żadnego sukcesu w działalności gospodarczej, tylko kurczowo trzymają się państwowych posad dowodzi, że z cała pewnością na gospodarce się nie znają. Dziękuję Państwu za uwagę.


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/konf_28-10-2006.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Powyższy referat został wygłoszony 28 października 2006 na sesji naukowej Rady Ruchów i Stowarzyszeń Katolickich diecezji Bielsko-Żywieckiej „Ku budowaniu ładu społecznego”.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?