Nawigacja
 
50 tysięcy na karku
Wygląda na to, że ogólnopolski konkurs na posady w tak zwanych samorządach terytorialnych, wzbudził umiarkowane zainteresowanie tych, którzy będą musieli za to wszystko zapłacić. Przypomnijmy: mamy 2826 rad. W tym – 16 sejmików wojewódzkich, 314 powiatów, 65 miast na prawach powiatów i 2478 gmin lub miast-gmin.

Do tych wszystkich instancji samorządowych wybraliśmy 46 790 radnych, w tym do sejmików wojewódzkich – 561, do rad powiatowych – 6284 i do rad gminnych lub miejskich – 39 538 radnych. Już na pierwszy rzut oka widać, że coś tu się nie zgadza, ale takie właśnie dane są na stronach internetowych Państwowej Komisji Wyborczej.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że system przeliczania głosów na mandaty jest bardziej skomplikowany niż to proste dodawanie, to – po pierwsze – wcale się nie dziwimy, że ustalanie wyników wyborów trwa tak długo, a po drugie – że w tym zamieszaniu nikt już się nie połapie, jak to naprawdę z tym głosowaniem było. I o to pewnie w tym wszystkim chodzi, bo jeśli mamy do czynienia z jakimści na pozór szaleństwem, to zawsze musimy pamiętać spiżowe słowa Szekspira, że „tym szaleństwie jest metoda”. Ano – nie da się ukryć, że chyba jest.

Ale revenons a nos moutons, czyli – jak mówią wymowni wielce Francuzi – powróćmy do naszych baranów, czyli radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów. O ile wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast są, jak się wydaje, niezbędni – o tyle radni powiatowi, a zwłaszcza radni sejmików wojewódzkich, to już zupełnie zbędny, a nawet szkodliwy luksus, na który nie powinno pozwalać sobie państwo nawet znacznie bogatsze od naszego. W jakim właściwie celu państwo ma brać na swoje utrzymanie prawie 50 tysięcy ludzi, skoro nie został jeszcze wynaleziony taki aparat fotograficzny, który potrafiłby utrwalić ich pracę?

Bo też i nie o żadną pracę na rzecz dobra wspólnego chodzi; kiedy tak ostatnio jeździłem po Polsce, zauważyłem, że do rad kandydowały całe rodziny; jedni do gminnych lub miejskich, inni – do powiatowych, a jeszcze inni członkowie klanów – do sejmików. Jeśli każdemu z nich by się powiodło, rodzina na cztery lata zyskałaby całkiem solidny fundament finansowy.

Średnia płaca krajowa w gospodarce waha się wokół 2400 zł i taka jest właśnie maksymalna dieta radnego w gminie powyżej 100 tys. mieszkańców (2477,50 zł). W gminach od 15 do 100 tys. mieszkańców maksymalna dieta wynosi 1858,13 zł, a w gminach poniżej 15 tys. mieszkańców – 1238,76 zł. Jeśli więc członkowie rodziny obsadzili radę gminy, powiatu i sejmik wojewódzki, to przez cztery lata mają rozwiązane problemy socjalne.

Oczywiście daj Boże każdemu, ale właściwie za co dostają te forsę? Prawidłowa odpowiedź brzmi – za nic, bo też i podczas kampanii wyborczej głównym motywem mającym nastręczyć kandydata była jego rzekoma umiejętność pozyskiwania pieniędzy unijnych. Tymczasem każdemu z kandydatów, a teraz właściwie już nie kandydatów, tylko radnych można by zadedykować słowa ministra Nawrockiego skierowane do załogi jednego z państwowych przedsiębiorstw: „gówno robicie!”.

Stopień wykorzystania unijnych pieniędzy wynosi 3,5%, a więc tyle, co nic. Nie jest to oczywiście wina naszych samorządowych Machiavellich, bo o tym, ile będą mogli dostać, zadecydowali wcześniej znacznie od nich mądrzejsi; jeszcze przed referendum w sprawie Anschlußu, które odbyło się 8 czerwca 2003 roku, brytyjski sekretarz Skarbu zapytał Guntrama Verheugena, czy w związku z przyłączeniem do Unii 10 biednych państw nie zaistnieje konieczność podwyższenia składki. Komisarz ds. rozszerzenia odpowiedział wówczas, że nie ma takiej obawy, bo „my obłożymy te fundusze takimi warunkami, których nowe kraje członkowskie nie będą w stanie spełnić”.

Więc tak naprawdę był to konkurs o znakomite posady. Znakomite – bo bez żadnej odpowiedzialności. Według raportu NIK, znaczna część gmin w Polsce utrzymuje płynność finansową zadłużając się po granicę bezpieczeństwa, jaką stanowi 60% dochodów. Jak zauważył nieżyjący już amerykański ekonomista Murray Rothbard, każdy człowiek, jeśli chce uzyskać jakiś dochód, musi umówić się z innym człowiekiem, tzn. albo coś mu sprzedać, albo wyświadczyć mu jakąś przysługę. Jedynym wyjątkiem są funkcjonariusze publiczni, którzy swoje dochody zwyczajnie wymuszają siłą. Właśnie wzięliśmy sobie ich na kark w liczbie prawie 50 tysięcy.


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/tyg1_14-11-2006.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Publikacja dla „Tygodnik nr 1” (pow. poznański) · 14 listopada 2006
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?