Nawigacja
 
Manifest komunistyczny
Oryginalny „Manifest komunistyczny”, autorstwa Karola Marksa i Fryderyka Engelsa jest dzisiaj już trochę zapomniany, bo nawet nowa lewica nie bardzo kwapi się do przypominania diagnoz, że np. „robotnicy nie mają ojczyzny”, kiedy wiadomo, że powinni mieć, bo w przeciwnym razie któż zapewniłby wesołe miejsca pracy politycznym przedstawicielom oraz obrońcom interesów „ludzi pracy” – a jeśli nawet nie zwyczajną, tradycyjną, to przynajmniej tę „małą”, w której wyznacznikiem tożsamości są folklorystyczne „łodirydi” i inne „odmienności” wolne wszelako od wszelkiej „ksenofobii”.

Wprawdzie rewolucja seksualna rozwija się pomyślnie, ale poszła w kierunku nieco innym, niż zachwalana w „Manifeście” sławna „wspólność żon”. Dzisiaj za takie bezeceństwa feministki obdarłyby autorów ze skóry, a przynajmniej powyrywały im ich pompatyczne brody, przeznaczając je na strzechę jakiegoś klubu lesbijek i gojów.

Nie oznacza to jednak, że manifesty komunistyczne bezpowrotnie zniknęły z naszego życia. Przeciwnie – są w nim nadal obecne, tyle, że przybrały inną literacką formę, mianowicie formę ustaw.


O istocie komunizmu

Żeby uzasadnienie tego poglądu było bardziej zrozumiałe, warto przypomnieć, na czym właściwie polega komunizm, co jest jego istotą, a co – właściwością przypadkową i przemijającą. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, komunizm nie polega wcale na dyktatorskiej władzy partii komunistycznej, ani na planowej ateizacji społeczeństwa, ani na sojuszu ze Związkiem Radzieckim – tylko na stosunkach własnościowych.

Jak sama nazwa wskazuje, w komunizmie wszystko, albo prawie wszystko – łącznie ze wspomnianymi żonami – musi być „wspólne”, to znaczy, że komunizm jest programowo przeciwny indywidualnej własności, indywidualnej wolności, indywidualnej odpowiedzialności i autonomii jednostki. Ze wspólnej, czyli „uspołecznionej” własności wynika konieczność stadnego życia zbiorowego, zbiorowej odpowiedzialności i zbiorowej konsumpcji.

Terror, jakie towarzyszy zazwyczaj komunizmowi, jest, jak sądzę rezultatem ubocznym, powodowanym koniecznością nieustannego zadawania gwałtu indywidualnej ludzkiej naturze. To napięcie między komunistycznym ideałem, a indywidualistycznymi ciągotami bardzo trafnie opisał w „Towarzyszu Szmaciaku” Janusz Szpotański: „Ludzkość to całość, jak wiadomo / a nie zaś zbiór, gdzie byle homo / może na własną rękę rościć / sobie pretensje do wolności”.

Te anachroniczne, indywidualistyczne uroszczenia przybierają zwykle postać prywatyzowania zbiorowej konsumpcji, która, z uwagi na ustawodawstwo podporządkowane kolektywistycznej wizji świata, musi przybierać formę „przestępstw gospodarczych”. Na przykład w latach 50-tych „przestępstwem gospodarczym” było posiadanie dolarów i jak tylko UB dowiedziało się o takim posiadaczu, to póty go molestowało, aż powiedział, gdzie schował.

Bardzo często wyznanie to przypłacał życiem, ponieważ w ubowcach rodziło się wtedy nieposkromione pragnienie konsumpcji indywidualnej: „Kiedy zwycięskie toczą boje / ze straszną, reakcyjną hydrą / to chcą mieć pewność, że na zawsze / zdobędą to, co hydrze wydrą”. A perspektywa zachowania „na zawsze” gwałtownie wzrastała dopiero po zabiciu poprzedniego właściciela, więc stąd surowość.

Tych przestępstw, których efektem jest konsumpcja indywidualna, komuniści nie mogą tolerować. Próbują wychować „nowego człowieka”, wymarzonego „człowieka sowieckiego” – „Ideę, która buja w chmurze / toteż ich żywy człowiek wścieka / bo będąc tej idei cieniem, zarazem jest jej wypaczeniem” – i stąd terror.


Przykazania normalności

Tymczasem jednym z fundamentów łacińskiej cywilizacji jest rzymskie prawo, a konkretnie – jego zasady, wśród których najistotniejsza dla obrotu gospodarczego wydaje się zasada volenti non fit iniuria, tzn. że chcącemu nie dzieje się krzywda. Jeśli człowiek podejmuje decyzje w warunkach braku przymusu zewnętrznego, a więc w warunkach wolności, to domniemywa się, że tego właśnie chciał.

Ta zasada jest fundamentem wolnej gospodarki, której źrenicą jest z kolei zasada wolności umów. Jeśli ktoś „wie lepiej”, czego strona umowy „powinna” chcieć, to o wolności umów nie ma już mowy, nawet gdyby ów ktoś w konkretnym przypadku miał rację. Dlatego właśnie w swoim projekcie konstytucji umieściłem zapis, ze nikt nie może wbrew stronom podważyć umowy, ani zmienić jej treści, chyba, że stanowi ona czyn zabroniony pod groźbą kary, wynika z takiego czynu, albo ma go na celu.

Inna zasada wynika z definicji własności, która głosi, że własność jest pełnym władztwem nad rzeczą, przysługującym właścicielowi z wyłączeniem innych osób. Jeśli władztwo to jest niepełne, albo jeśli oprócz albo obok właściciela decyzje co do przedmiotu własności podejmują jeszcze jakieś inne osoby, to nie mamy już do czynienia z własnością, tylko jakąś całkiem inną sytuacją, tak samo, jak nie mamy do czynienia z małżeństwem w przypadku związku dwóch sodomitów.


Współczesny „manifest”

Konfrontując wspomniane przykazania normalności w obowiązującym aktualnie kodeksem pracy, musimy dojść do wniosku, że jest on współczesną postacią dawnego „Manifestu komunistycznego”. Żeby się o tym przekonać wystarczy przytoczyć niektóre jego przepisy. Oto art. 18 par. 1 głosi, że „postanowienia umów o pracę (...) nie mogą być mniej korzystne dla pracownika niż przepisy prawa pracy”. Paragraf 2 precyzuje konsekwencje; jeśli byłyby niekorzystne, stają się nieważne, a w ich miejsce wchodzą odpowiednie przepisy prawa pracy.

A więc nie obowiązuje zasada „volenti non fit iniuria”, tylko zasada, że „państwo wie lepiej”, co wynika również z przepisu art. 10 par. 2 – że „państwo” określa minimalną wysokość wynagrodzenia za pracę.

Zasada wyłączności uprawnień właścicielskich jest przełamana w art. 18 (2), przyznającym pracownikom uprawnienie do uczestniczenia w zarządzaniu zakładem pracy „w zakresie i na zasadach określonych w odrębnych przepisach”. Zatem o nawet o tym „zakresie” ani o tych „zasadach” nie decyduje już właściciel, tylko „przepisy”, czyli „państwo”.

Zgodnie z tym, co powtarzał Stefan Kisielewski, w kodeksie pracy mamy co i rusz do czynienia z bohaterską walką z problemami nieznanymi w innym ustroju. Przykładem niech będzie art. 18 (3c) par. 3, który podaje definicję „pracy o jednakowej wartości”: „Pracami o jednakowej wartości są prace, których wykonywanie wymaga od pracowników porównywalnych kwalifikacji zawodowych, potwierdzonych dokumentami przewidzianymi w odrębnych przepisach lub praktyką i doświadczeniem zawodowym, a także porównywalnej odpowiedzialności i wysiłku”. Chodzi oto, że pracownicy mają wtedy prawo do równego wynagrodzenia.

Ale Horacy Safrin w antologii żydowskiego humoru przytacza taka oto historię. Kupiec zbożowy miał dwóch pracowników; jednemu płacił więcej, drugiemu – mniej. Ten drugi zapytał go kiedyś o przyczynę tej nierówności. Akurat na rynek zajechały chłopskie fury z jakimiś workami i kupiec poprosił go, żeby dowiedział się, co przywieźli. Pracownik po chwili wrócił z wiadomością, że kukurydzę. – A ile tej kukurydzy? – Po chwili wrócił i zameldował, że tyle a tyle korcy. – A ile chcą za tę kukurydzę? – Znów wybiegł na rynek i po powrocie: za tyle, a tyle.

Wtedy kupiec posłał tego lepiej wynagradzanego pracownika z podobnym poleceniem. Tamten po chwili wrócił i zameldował: chłopi przywieźli tyle a tyle korcy kukurydzy po tyle a tyle dla Pinkusa Bergera. Dałem im po dwie kopiejki więcej i już ładują ziarno do naszego magazynu. Ale wtedy nie obowiązywał jeszcze art. 18 (3c) kodeksu pracy, tylko zdrowy rozsądek, w związku z tym czołową postacią życia gospodarczego był inżynier, przemysłowiec, kupiec, a nie prawnik i bankier.

Wreszcie warto przytoczyć ustawową definicję „molestowania” i „molestowania seksualnego” bo znajdują się one właśnie w kodeksie pracy. „Molestowanie” – zgodnie z art. 18 (3a) par.5 pkt 1) – jest przejawem dyskryminowania, polegającym na zachowaniu, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności, albo poniżenie lub upokorzenie pracownika.

Wymaga to dalszych wyjaśnień, mianowicie zdefiniowania terminu „dyskryminowanie”. Otóż jest ono albo bezpośrednie, albo pośrednie. Bezpośrednie – zgodnie z art. 18 (3a) par. 3 – istnieje wtedy, gdy pracownik z przyczyn takich jak płeć, wiek, niepełnosprawność , rasę, religię, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, mógłby być traktowany w porównywalnej sytuacji mniej korzystnie niż inni pracownicy.

Dyskryminowanie pośrednie z kolei polega na tym, gdy „wskutek pozornie neutralnego postanowienia, zastosowanego kryterium lub podjętego działania, występują dysproporcje w zakresie warunków zatrudnienia na niekorzyść wszystkich lub znacznej liczby pracowników należących do grupy wyróżnionej ze względu na jedną lub kilka przyczyn określonych w par. 1 (a więc takich jak płeć itd. – SM), jeżeli dysproporcje te nie mogą być uzasadnione obiektywnymi powodami”.

Jak widzimy, powstała już „straszliwa wiedza”, a przecież to jeszcze nie koniec, bo przed nami definicja „molestowania seksualnego”: „Dyskryminowaniem ze względu na płeć jest także każde nieakceptowane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego skutkiem jest naruszenie godności lub poniżenie albo upokorzenie pracownika; na zachowanie to mogą się składać fizyczne, werbalne lub pozawerbalne elementy”.

Warto zwrócić uwagę, że wspomnianymi wyżej restrykcjami może zostać objęty ktoś, kto żadnego pracownika jeszcze nie zatrudnił, bo zgodnie a z art.18 (3b) par. 1 pkt 1, naruszeniem zasady równego traktowania jest również „odmowa nawiązania stosunku pracy”. Widać wyraźnie, że na dawne treści „Manifestu komunistycznego” zdążyły już nałożyć się treści nowe, wynikające z politycznej poprawności, czyli antymarksowskiego marksizmu kulturowego, będącego dominującą ideologią Eurosojuza.


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/ncz_2007-01-18.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Publikacja dla „Najwyższy Czas!” · 18 stycznia 2007
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?