Nawigacja
 
Pochwala lenistwa
Wbrew pozorom nie jest z nami tak źle. Kiedy wydawało się, że już niczym nie możemy światu zaimponować, znów rozsławiliśmy imię Polski. 7 stycznia kraj nasz znalazł się na czołówkach gazet i pierwszych miejscach nawet w dzienniku arabskiej telewizji Al Dżazira, uprzednio słynnej z ogłaszania kolejnych komunikatów straszliwego Osamy ben Ladena, przez którego wybuchnie wkrótce III wojna światowa.

Wprawdzie powodem tego rozgłosu nie było wstrzymanie Słońca i poruszenie Ziemi, ani rozgromienie bisurmanów pod Wiedniem, ani wypuszczenie przez Anglików na postawienie się Niemcom, za które to samobójstwo zostaliśmy uroczo nazwani „natchnieniem narodów”, ani pierwszy Polak na Stolicy Piotrowej, ani „pokojowa rewolucja” Solidarności – tylko odwołanie w ostatniej chwili ingresu nowego metropolity warszawskiego, który podczas upiornego nabożeństwa w katedrze, na życzenie Benedykta XVI ogłosił swoją rezygnację.

Jej przyczyną była współpraca z SB, która wyszła na jaw za pośrednictwem mediów, jak się wydaje, zainspirowanych również przez samego prezydenta Kaczyńskiego. Jak to się mówi w świecie dziennikarskim: „dobrze, czy źle, byle z nazwiskiem” – więc kiedy zarówno rządy, jak i organizacje pozarządowe wydają krocie na własną promocję, nam udało się to, można powiedzieć, bezinwestycyjnie. Nie jest to, co prawda, okoliczność specjalnie zaszczytna, ale nie bądźmy kapryśni; jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.

Zresztą mniejsza o marności światowe, bo w kraju od razu zrobiło się ciekawiej. Może jeszcze nie tak, jak w Sowietach za Stalina, gdzie „żyło się lepiej, żyło się weselej”, oczywiście tylko tym, którym udało się w ogóle przeżyć – ale nie tylko każdy kraj, ale i każda epoka ma swoją specyfikę, również pod względem rozrywek. Naszą specjalnością nie są bynajmniej zbrodnie. Nawet nie dlatego, byśmy mieli w sobie jakiś niedobór demonizmu. O tym nie ma mowy; demonizmu nam nie brakuje, ale nie brakuje też pewnego rozleniwienia. Po co trudzić się jakimiś zbrodniami, skoro można w przyjemnej atmosferze wypić i zakąsić?

Tym właśnie rozleniwieniem objaśniam sobie artykuł ks. prof. Bartnika w „Naszym Dzienniku”, gdzie autor najpierw stanowczo sprzeciwia się pogłoskom, jakoby w polskim Kościele panował jakiś kryzys, po czym ze znajomością rzeczy przedstawia wnikliwy opis tego kryzysu, pomstując na liczne środowiska i niektóre zakony, należące do przeciwnej partii. Czyż objaśnienie tej sprzeczności rozleniwieniem nie jest bardziej uprzejme, niż przypuszczeniem, że jest jakiś rozkaz ukrywania kryzysu w Kościele, mimo oczywistych objawów?

Zresztą nie tylko tej sprzeczności. Wydawałoby się na przykład, że dla naszych mediów nie ma nic świętego, że taki jeden z drugim dziennikarz „każdy grzech palcem wytknie, zademonstruje, święte pieczęcie złamie, powyskrobuje” – co wzbudzało rozgoryczenie i poranne lęki polityków i pełne zdumionego zgorszenia oburzenie hierarchii kościelnej w związku ze sprawą JE abpa Wielgusa – aż do dni ostatnich.

I oto w dniach ostatnich stało się coś niepojętego, co, jeśli nie rozleniwieniem, można uprzejmie wytłumaczyć już tylko cudem. Oto 11 stycznia, w przeddzień spotkania Rady Stałej Episkopatu z biskupami diecezjalnymi, na którym Kościół polski miał określić swój stosunek do lustracji, niezawisły sąd uniewinnił Małgorzatę Niezabitowską z zarzutu kłamstwa lustracyjnego, tłumacząc na jej korzyść wątpliwości wzbudzone przez ubeków. Zeznali oni, że byłą rzeczniczkę rządu zarejestrowali fikcyjnie.

I oto wszędobylskie, wścibskie media potulnie odnotowują to nie tylko bez najmniejszych wątpliwości, ale nawet z entuzjazmem. Nie dotyczy to tylko jakichś niedoświadczonych młokosów, co to nie potrafią odróżnić ziarna od plew, ale nawet taki stary wróbel, jak red. Jachowicz, wydaje z siebie pienia wychwalające niezawisłość sądu i triumf świętej sprawiedliwości.

Najwyraźniej w zeznania ubeków wszyscy żarliwie wierzą i ani im w głowie cokolwiek wyskrobywać, czy wytykać. Nieuprzejmie można by objaśnić tę nagłą łatwowierność jakimści wzbudzającym respekt rozkazem, ale czyż nie lepiej tłumaczyć uprzejmie rozleniwieniem? W końcu przy sprawie abpa Wielgusa trzeba się było nauwijać, a ileż można się uwijać bez żadnego wytchnienia? Najwidoczniej wyrok w sprawie Małgorzaty Niezabitowskiej został wydany akurat w fazie wytchnienia, dzięki czemu łatwiej go było przyjąć do aprobującej wiadomości.

Ale na tym przecież nie koniec, bo oto 12 stycznia, kiedy okazało się, że lustracja w Kościele jednak się odbędzie, JE abp Józef Życiński wystąpił w TVN z deklaracją, że tajny współpracownik SB o kryptonimie „Filozof” – to nie on. „Nigdy nie podjąłem działań, które mogłyby zostać uznane za współpracę z SB” – oświadczył Ekscelencja.

Gdyby dziennikarze znajdowali się jeszcze na poprzednim, wścibskim etapie, to zaraz zaczęliby „zachodzić w um”, co oznacza to sformułowanie, czy, dajmy na to, nie oznacza ono aby, że Ekscelencja działania, które nie mogłyby „zostać uznane za współpracę z SB” jednak podejmował. Filozofowie używają sformułowań nader ścisłych i warto w związku z tym przypomnieć art. 4 ust. 4 ustawy lustracyjnej z 11 kwietnia 1997 wg którego nie jest współpracą „współdziałanie pozorne lub uchylanie się od dostarczenia informacji, pomimo formalnego dopełnienia czynności lub procedur”, tzn. np. podpisania zobowiązania.

Teraz jednak etap najwyraźniej był już inny, i pani red. Kolenda-Zaleska najwyraźniej przepełniona była współczuciem dla rozmówcy i jego męczeństwa. Ale przecież i abp Wielgus jest filozofem i na rewelacje nuncjusza odpowiedział: „nie złożyłem fałszywej przysięgi”. Istotnie – bo oto co złożył: „Przysięgam na Boga w Trójcy Świętej Jedynego, że w czasie spotkań i rozmów, które prowadziłem z przedstawicielami milicji i wywiadu, w związku z moimi wyjazdami za granicę w latach siedemdziesiątych XX wieku – nigdy nie występowałem przeciw Kościołowi, nie uczyniłem też, ani nie powiedziałem nic złego przeciw duchownym i świeckim osobom”.

Czyż to jest „fałszywa” przysięga? Ależ uchowaj Boże! Jest jak najbardziej „prawdziwa”, bo naprawdę została złożona, jak i w tym sensie, że – być może – nie zawiera stwierdzenia niezgodnego z prawdą. Voltaire dawał do zrozumienia, że Bóg filozofów jest trochę inny, a cóż dopiero – Bóg „Filozofów”?

Wiadomo bowiem, że kłamią tylko ubecy, ale też nie zawsze, a tylko wtedy, kiedy sporządzają dokumenty. Kiedy natomiast zeznają przed sądem, że dokumenty fałszowali, to mówią prawdę, która w ten sposób ostatecznie zwycięża. Czy w takiej sytuacji dziennikarze nie mogą troszkę sobie poleniuchować, zwłaszcza, że dziś nikt już nie inspiruje do wytężonego wytykania i wyskrobywania?


Informacje pochodzą z portalu Michalkiewicz.pl -
http://michalkiewicz.pl/ncz_2007-01-19.php
Wykorzystane za zgodą Autora. Dziękujemy.

Publikacja dla „Najwyższy Czas!” · 19 stycznia 2007
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?