Nawigacja
 
Ministerstwo chorób, ale nie wszystkich
Minister zdrowia w wywiadzie dla "Dziennika" przedstawia ogólne zarysy pomysły naprawy tak zwanej "służby zdrowia". Mimo, że profesor Religa do rządu przyszedł z partii, która mieni się partią "konserwatywno-liberalną" a obecnie wspiera "solidarny" rząd, to wydaje się, że jego pomysły nie są w stanie zadowolić ani jednych, ani drugich. Kolejny pomysł ministra wpisuje się w ciąg działań podejmowanych przez obecną ekipę, która leczy "służbę zdrowia" jedynie poprzez zwalczanie objawów, bez chęci przeprowadzenia dogłębnej, skutecznej reformy.

Koszyk świadczeń

Głównym założeniem naprawy jest stworzenie koszyka świadczeń gwarantowanych i przez to pokazanie społeczeństwu, że płacona składka dla NFZ wcale gwarantuje leczenia, przynajmniej nie w rozsądnym terminie. Okazuje się bowiem, że jeśli nie mamy choroby układu krążenia, nowotworowej, nie jesteśmy dzieckiem lub kobietą w ciąży lub jeśli nie ulegliśmy nagłemu wypadkowi, to poczekamy w długiej kolejce, gdyż na leczenie pozostałych chorób (minister wymienił m.in.: przepuklinę, wrzody żołądka, zapalenie płuc (?) i "inne choroby przewlekłe" (AIDS też?)) będą nadal obowiązywały limity. Chyba, że zgodzimy się zapłacić. Słusznie zauważył pan Rafał Pazio w "Najwyższym Czasie", że jest to prawne usankcjonowanie łapówek. Mimo płacenia setek (a czasami tysięcy) złotych rocznie przez ubezpieczonych i tak trzeba dodatkowo zapłacić za przyzwoite leczenie.

Wyobrażacie sobie Państwo prywatnego ubezpieczyciela, z którym podpisaliście umowę na ubezpieczenie zdrowotne a on od Was zażądał dodatkowych kilku tysięcy złotych za operację przepukliny? Ciężko, prawda? A tak ma działać u nas ubezpieczyciel zwany "NFZ". Po co więc nazywać podatek na NFZ ubezpieczeniem, skoro nie podpisywaliśmy z "ubezpieczalnią" żadnej umowy i nie możemy zrezygnować z jej usług? A dodatkowo trzeba płacić podwójnie - najpierw składkę a później za leczenie. Oczywiście, co zamożniejszych będzie stać, ale biedniejsi, którym najpierw siłą zabrano "składkę", nie będą w stanie zapłacić dodatkowo i będą musieli poczekać w swojej kolejce. Czy będzie to 2 lata w oczekiwaniu na operację zaćmy, tak jak obecnie w jednym z lubelskich szpitali? Zapewne tak. W końcu to nie będzie "świadczenie gwarantowane".

Pomysł, by pokazać pacjentom, że leczenie wcale nie jest darmowe uważam za bardzo dobry, ale nie uważam za słuszne zatrzymanie się w pół kroku. Dopóki jeden ubezpieczyciel będzie wyznaczał ceny usług zdrowotnych i limity dla placówek zdrowia, dopóki nie będzie istniała konkurencja nie tylko pomiędzy szpitalami, ale również pomiędzy naszymi ubezpieczycielami, to nie będziemy mieć pewności, że opłata za nasze leczenie skończy się na składce. Być może na reformie skorzysta NFZ i lekarze, ale jakoś nie widzę zysku dla pacjentów - w końcu teraz również mogą płacić za leczenie - dając łapówki lub lecząc się prywatnie.

Więcej pieniędzy dla państwa,...

Pomysły profesora sprowadzają się głównie do jednego - dajmy więcej pieniędzy, to będzie lepiej. Zapewne. Ale szpitale nie grają na loterii, tylko są opłacane z naszych podatków. Minister Religa proponuje, abyśmy do państwowych szpitali, oprócz regularnej składki, która wzrosła w tym roku z 8,75% do 9%, dopłacali dodatkowo do leczenia "mniej śmiertelnych" dolegliwości. Oprócz tego, od tego roku, lecznictwo dofinansowywane jest z naszych motoryzacyjnych składek OC a pogotowie ratunkowe finansowane bezpośrednio z budżetu państwa, podobnie jak zadłużone szpitale. Okazuje się więc, że służba zdrowia chłonie z chęcią kolejne miliony złotych jak wór bez dna - nie widać żadnej poprawy a obietnice są niepewne. Ale dlaczego mamy się spodziewać, że będzie inaczej? Szpitale z przerośniętą administracją, którym nie grozi ani bankructwo, ani konkurencja, do spółki z naszym jedynym, obowiązkowym "ubezpieczycielem" przyjmą z otwartymi ramionami każde pieniądze, bo i tak nikt ich z nich nie rozliczy. I będzie tak, dopóki na rynku usług medycznych nie zapanują normalne zasady rynkowe.

...mniej dla obywateli.

Każda złotówka dla państwa więcej, to mniej pieniędzy w naszej kieszeni. Oczywiście to dla naszego dobra - żeby nam się lżej poruszało. Przyznaję, że pomysły ministerstwa zdrowia śledzę ze szczególną uwagą, ponieważ niektóre są tak bezsensowne, że aż ciężko uwierzyć w ich prawdziwość. Na przykład w to, że w ramach walki z wysokimi cenami leków postanowiono zmniejszyć konkurencję na rynku aptek, działając wbrew zasadom ekonomii. Pomysły, takie jak ograniczenie ilości aptek w przeliczeniu na liczbę mieszkańców i zakaz sprzedaży leków w Internecie, mogłyby nawet wydawać się śmieszne, gdyby nie były straszne. W jaki sposób miałoby to pomóc w obniżeniu cen leków? Nie potrafię sobie wyobrazić... Przez te wszystkie pomysły Ministerstwo Zdrowia wysunęło się na czoło mojego prywatnego rankingu "Czerwonych Ministerstw" pogłębiających socjalizm.

Okazuje się więc, że przyjdzie nam znowu płacić więcej, bez gwarancji otrzymania czegokolwiek w zamian. Do worka bez dna wsypiemy za pośrednictwem NFZ i MZ dodatkowe błyszczące złotówki, których zostanie nam mniej do sfinansowania sobie leczenia u prywatnego stomatologa lub do leczenia naszych czworonogów w prywatnego weterynarza. Czemu profesor Religa nie weźmie przykładu z tych branż i nie zda się w reformie lecznictwa na Rynek? Czy to dlatego, że Ministerstwo Zdrowia mogłoby okazać się do niczego niepotrzebne?

Maciej Michna,

Warszawa, 11.03.2007
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?