Nawigacja
 
O progu wyborczym i kształcie ordynacji
Miłościwie nam rządzący parlamentarzyści kilka dni temu wpadli na pomysł aby w wyborach do Sejmu podnieść próg wyborczy z 5 do 8%. Do tej pory zwyczajem posłów było uchwalanie zmian w ordynacji na kilka miesięcy przed wyborami kiedy nastawienie wyborców do poszczególnych partii pozwala już na wyciągnięcie wniosków jak powinna wyglądać metoda liczenia głosów, by partie rządzące mogły rządzić nadal. Ta nieetyczna praktyka stała się już niemal niepisanym zwyczajem, o którym wspominałem w jednym z ostatnich artykułów. Informacja ta w powiązaniu z całokształtem sytuacji politycznej pozwala zatem sądzić, że prawdopodobnie czekają nas przedterminowe wybory. Kto wie? – może już pod koniec roku.

Chciałbym zwrócić uwagę na trzy fakty. Po pierwsze – zgodnie z Konstytucją wybory do Sejmu są proporcjonalne. Zasada ta powinna oznaczać, że skoro wybieranych jest 460 posłów, to za każdy 1% głosów uzyskanych w wyborach, dana partia powinna dostawać 4,6 mandatu. Tymczasem jak wiemy – wcale tak nie jest. Dzieje się tak za sprawą między innymi progu wyborczego który, przy zapisie o proporcjonalności wyborów, powinien zostać uznany za sprzeczny z Konstytucją. Podniesienie progu do 8% oznacza jeszcze większe odstąpienie od zasady proporcjonalności i tym samym – jeszcze większe pogwałcenie Konstytucji.

Po drugie – intencją przyświecającą wprowadzeniu progu wyborczego było zapobiegnięcie nadmiernemu rozdrobnieniu partii mających reprezentację w parlamencie. Patrząc na skład Sejmu z lat 1991-1993 można odnieść wrażenie, że jest to postulat słuszny. Niemniej jednak doświadczenia z późniejszych lat pokazały, że próg 5% w zupełności wystarcza do zagwarantowania utworzenia się rządzącej większości i wyłonienia rządu. Propozycja podwyższenia progu zatem ma na celu wyłącznie eliminację z życia politycznego mniejszych partii i zmierza w prostej drodze do systemu dwupartyjnego.

Po trzecie – skoro już ma być wprowadzona zasada, że tylko największe ugrupowania mają szansę na realną władzę, to czemu nie zerwać z fikcją proporcjonalności i nie zmienić ordynacji na większościową? Miałoby to swoje liczne plusy. Podstawowym z nich jest ten, że w jednomandatowych okręgach wyborczych poseł byłby faktycznie reprezentantem wyborców. Dzisiejsza ordynacja sprawia, że jedna „lokomotywa” na liście wyborczej dostarcza w danym okręgu tyle głosów, że do parlamentu dostają się osoby, które uzyskały często wręcz śladowe poparcie. Rekordziści uzyskiwali mandat poselski z wynikiem poniżej 1000 głosów. Jak więc w takiej sytuacji mówić o reprezentowaniu kogokolwiek? Ordynacja większościowa sprawiłaby, że każdy poseł musiałby coś sobą reprezentować, nie zaś – wjechać do Sejmu na plecach kolegów. Pomogłaby ona również w odpolitycznieniu parlamentu, ponieważ w obecnej chwili, z uwagi na ogólnokrajowy próg wyborczy, szansę na bycie posłem mają wyłącznie osoby startujące z list partyjnych. System większościowy wpłynąłby na większą reprezentację w parlamencie osób cieszących się społecznym poparciem, a przy tym apolitycznych.

UPR od lat głosi postulat wprowadzenia ordynacji większościowej – jest ona po prostu lepsza i gwarantuje wyższy odsetek kompetentnych i rozsądnych posłów niż przy ordynacji proporcjonalnej, przy której Sejm zaczyna się kojarzyć z cyrkiem nie tylko z uwagi na charakterystyczny kształt budynku. Chciałbym do tego dołączyć jeszcze drugą propozycję – aby uniknąć wprowadzania zmian w ordynacji tuż przed wyborami, należy ustanowić vacatio legis trwające do końca kadencji parlamentu, podczas której uchwalono poprawki. W ten sposób zmieniona ordynacja obowiązywałaby nie od najbliższych wyborów, lecz dopiero od jeszcze kolejnych. Zwiększyłoby to szansę na przegłosowanie ordynacji obiektywnie dobrej dla Polski, a nie dla aktualnie rządzących partii. Proste, prawda?

Autor jest Prezesem Okręgu Mazowieckiego UPR
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?